WITAM, OTO CZĘŚĆ 2 MOJEGO OPOWIADANIA Z czasem Henryk przeniósł się pod Kościół. Tam było mu lepiej niż na dworcu. Znalazł towarzysza, księdza Andrzeja, który codziennie wrzucał mu do kapelusza pieniądze. Z czasem coraz więcej rozmawiali, Henryk mógł siedzieć sobie na ławce w Kościele i spać na niej w nocy. Henryk codziennie rano budził się o 6 godzinie, wraz z porannymi dzwonami kościelnymi i wychodził na schody. Tam zbierał oszczędności. Postanowił zebrać pieniądze na namiot, w którym będzie mógł mieszkać i wyprowadzi się z zimnych murów kościoła. Chciał mieszkać "na swoim"...mówił do siebie " mogę zbierać i rok, a nawet dwa, ale uzbieram. Chociażby na najmniejszy namiocik". W końcu po wielu miesiącach Henryk zebrał odpowiednią sumę i poprosił księdza o przysługę. Sam nie chciał kupować namiotu, bał się bowiem reakcji ludzi, którzy go unikali jak ognia. Sam też zaczął unikać ludzi. Tylko ksiądz Andrzej mu pozostał. Nie miał wyboru. Tylko on mógł mu pomóc....